WPISZ TAGI

Mimo, że przed nami jeszcze start w Mistrzostwach Polski, sezon 2018 uważam za zamknięty. Wynik z MŚ – 26m-ce – znacznie poniżej możliwości i oczekiwań, z ME – 8m-ce – po prostu bardzo średni.

I byłoby tak łatwo, gdybym umiała zadowolić się średnim wynikiem… Problem w tym, że tak samo jak nie znoszę średniego wina i średniej kawy, średnich wyników i słowa ‚średni’ nie lubię tak samo jak ‚zły’!

To był ciężki sezon z kilku powodów. Przede wszystkim zabrakło startów w mocno obstawionych regatach,  opływania w dużej stawce i odpowiedniego przygotowania fizycznego, które zwykle było moją najmocniejszą stroną. Przyznaję, 2 lata walki ze zdrowiem spowodowały, że dużo ostrożniej zaczęłam podchodzić do treningu ogólnorozwojowego i nie raz, mając na uwadze ewentualne osłabienie organizmu, rezygnowałam z roweru, czy biegania. Na pewno wciąż byłam/jestem super sprawna ale ‚życiową formą’ bym raczej tego nie nazwała. W tym wszystkim fakt jest też taki, że w trakcie sezonu nie rozchorowałam się ani razu – co może właśnie należałoby uznać za największy sukces -sukces osobisty – bo medali za to zdecydowanie nie dają.

W moim odczuciu cały rytm został zaburzony, w momencie kiedy pojawił się nowy sprzęt i wszyscy wpadliśmy w szał testów, przymiarek, nowych ustawień i najróżniejszych pomiarów. Poświęciliśmy gigantyczną ilość czasu i energii na coś, co na koniec pękło, ‚siadło’, złamało się albo po prostu nie miało aż takiego znaczenia.

Teraz patrzę na sezon z perspektywy. Nie tłumaczę się, ani nie doszukuję się winnych. Wszyscy zawodnicy na Świecie mieli podobne problemy i na pewno sprawiedliwie Mistrzynią Świata została najlepsza. My też  ciężko pracowaliśmy, żeby się dobrze przygotować ale ‚gra sprzętowa’ tym razem przerosła… no na pewno mnie! I szczerze mówiąc, sprzęt to jest właśnie ta część naszego sportu, której nie lubię najbardziej.

To by było na tyle, jeśli chodzi o moje wnioski z mijającego sezonu 2018. Bardzo też jestem ciekawa, co na ten temat ma do powiedzenia Sztab Szkoleniowy i Trenerzy.

 

 

Ten tekst traktuje w kategorii pewnego oczyszczenia i zamknięcia tematu, bo sezon był zdecydowanie frustrujący i odbierający chęci do czegokolwiek. Już dawno chciałam to wszystko napisać ale powiedzmy, że stan bezgranicznej obojętności i wewnętrzna złość odebrały mi resztki talentu do tworzenia najprostszych zdań.

Na całe szczęście już odpoczęłam, po swojemu ale skutecznie. Balansując na krawędzi niszczyłam ciało,  żeby wyleczyć głowę – ktokolwiek jest w stanie to zrozumieć, przysięgam – to najlepszy sposób! Po zakończonych ME o niczym innym nie marzyłam, jak po prostu przestać myśleć o windsurfingu. Chciałam lecieć, Bóg wie gdzie, na jakiś drugi koniec świata, oczywiście z górami w tle. Fakt, do szcześcia trzeba było mi gór, ale wcale niekoniecznie Alp czy Himalajów. Wystarczyły nasze piękne polskie Tatry. To było 13 dni w ciągu których pokonałam ponad 160 km i ok 15,5 tys. metrów przewyższenia. Jedyne czym się zajmowałam, to studiowanie mapy i topografii, stawianie ostrożnie stopy na eksponowanej skale i skupianie się tylko na kolejnych krokach. Nieustannie  zachwycałam się widokami i robiłam zdjęcia, mnóstwo zdjęć !

 



wiecej zdjęć

 

Dziękuję Wszystkim, którzy w czasie moich wspaniałych wakacji towarzyszyli mi zarówno na szlaku, jak i poza szlakiem.

 

 

Pozdrawiam serdecznie!

Gosia Białecka 

 

 

 

P.S.

…i jeszcze jedno na koniec. Przykro mi trochę ale tak właśnie jest. W profesjonalnym sporcie indywidualnym czasem, a nawet często, trzeba być egoista, dlatego piosenkę dzisiaj zadedykuje wlaśnie sobie.

https://youtu.be/QRxH-II0OsA

share
NASTĘPNY WPIS

ZOSTAW KOMENTARZ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *