WPISZ TAGI

Ten pierwszy raz nie miało się liczyć zajęte miejsce ani uzyskany czas, tylko satysfakcja z ukończenia wyścigu, świadomość, że dałam z siebie wszystko oraz przełamanie jakichś barier i zyskanie nowego doświadczenia. Ci co mnie trochę znają, pewnie nie mieli wątpliwości, że co by się nie działo i tak będę ‚iść w trupa’ ale chyba nikt się nie spodziewał, a już na pewno nie ja, że moja wydolność w połączeniu z olbrzymią dawką adrenaliny dadzą aż taki dobry rezultat…

A tak, rozłożony na czynniki pierwsze, wyglądał mój triathlon:

Pływanie

6

Nie przygotowałam się do pływania. Moje treningi pływackie zakończyły się na 10 wyjazdach nad jezioro Marchowo, oddalone 8.5km od mojego domu. (Raz w bardzo upalną niedzielę udało mi się tam pobiec, przepłynąć 1.5km i wrócić też biegiem, co uważałam za wyczyn treningowy; tymbardziej, że był to dzień po niezłej sopockiej imprezie…)
Małe, czyste i ciepłe jezioro o dł. 750m (zmierzone linijka na google maps), co w dwie strony dawało 1.5km – to był mój dystans i nigdy w życiu nie przepłynęłam więcej na jakimkolwiek otwartym akwenie, już nawet nie wspominając o morzu, gdzie nie trenowałam ani razu. W jeziorze pływałam bez pianki, której poprostu nie miałam. Mimo, że to środek lata, organizm w wodzie bardzo szybko się wychładza i po 20 min. pływania trzęsłam się z zimna, sina, szczękająca zębami wracałam do domu i wypijałam z marszu 5 herbat z cytryną – cud że się nie pochorowałam przez to pływanie. Nie trudno się domyśleć, że byłam przerażona zbliżającym się w zawrotnym tempie triathlonem i dystansem 1.9km w morzu. Na ostatnią chwilę, w przypływie desperacji chciałam się zapożyczać, brać kredyty i kupować nawet nie do końca sprawdzoną piankę. Na szczęście mój tata wybił mi to z głowy i ostatecznie bardzo bardzo zła i załamana (również swoim NIE PRO wyglądem) stanęłam na starcie w mojej 10-letniej gumowanej windsurfingowej piance z nadzieją na czas ok 50min.

1146963_10201592703131440_1670078638_o

Start był niesamowity! Widok 1400 osób wbiegających do wody i zaczynających płynąć powoduje ciarki na plecach. Teraz, jak oglądam filmy ze startu żałuję, że nie mogłam go sama zobaczyć z plaży.
To widzieli kibice:

Z mojej perspektywy start wyglądał zupełnie inaczej. Już kiedy wbiegałam do wody czułam się jak na farmie łososi – tak ja byłam jednym z tych łososi. Całą drogę walczyłam o swoje miejsce, ludzie płynęli nade mną, potem ja płynęłam nad innymi, nie raz ktoś mnie uderzył, złapał za stopę czy rękę – byłam tak zła, że chciałam krzyczeć, że to nie fair, że tak nie można, że mnie boli… Minęła chwila, kiedy zdałam sobie sprawę, że muszę się uspokoić i płynąć swoje a ‚bicie piany’ 300 metrów od brzegu nie spowoduje nic innego jak zachłyśnięcie się wodą. Powoli łapałam rytm i w wywalczonej w ciężkim boju niewielkiej przestrzeni, zaczynałam się coraz szybciej przemieszczać w stronę wielkiego statku, który był boją nawrotową. Spowrotem stawka się już rozciągnęła i było dużo łatwiej. Wiedziałam, że płynę raczej z przodu niż z tyłu, co jeszcze bardzie dodawało mi energii. Po wyjściu z wody, spojrzałam na zegarek i zobaczyłam 35 min, nie mogłam uwierzyć! Uskrzydlona tym świetnym czasem pobiegłam do strefy zmian.

1120084_651767621508909_796356810_o

Rower

Zrzut ekranu 2013-08-13 o 15.23.11

Lekko zmęczona ale też mile zaskoczona wsiadłam na rower. Modliłam się żeby nie złapać kapcia, bo mimo iż zostałam przeszkolona w tym względzie, wiedziałam, że nie poszłoby to zbyt sprawnie. Na kolarce jeżdżę od miesiąca i dopiero teraz przyzwyczajam się do osiąganych prędkości. Bałam się bardzo na zakrętach, tym bardziej że sama byłam świadkiem jak na trasie zawodnicy szlifowali asfalt.
Na pierwszym triathlonie, nie wiedziałam na jaki czas mam się nastawiać, więc po prostu jechałam swoje, tak jak na treningach (przyzwyczajona do gonienia chłopaków, ew. gonienia koleżanek na kolarkach, rowerem mtb z szosowymi oponami) – jechałam pewnie trochę za szybko ale czułam się tak dobrze, że zdecydowanie nie myślałam o oszczędzaniu sił na bieg. 90 km skończyło sie po 2h 43min i mimo, że miałam ochotę zrobić jeszcze 2 kolejne kółka, musiałam założyć buty biegowe i zacząć biec.

Bieg

Biegliśmy 4 kółka po 5km. Pierwsze kółko to przyzwyczajanie nóg, które po rowerze są jak z waty – to jeszcze przyjemne uczucie. Na drugim wydawało mi się, że jest dobrze i spokojnie będę jeszcze przyśpieszać – jak krótkie i mylne było to uczucie… Na trzecim nogi miałam z betonu i zdecydowanie odmawiały współpracy. 4 kółko biegłam siłą woli – było mi słabo, gorąco, w butach od ciągłego polewania się wodą miałam wielkie bagno, czułam jak palą mnie stopy. Ostatnia prosta myślałam, że nie skończy się nigdy!
Tak. To był mój pierwszy w życiu półmaraton.

Biegałam wcześniej na 10km, czasem treningowo przebiegałam 13 – 14km. Wydawało mi się, że skoro mogę biec spokojnie przez 1h, to 2h nie powinny zrobić na mnie wrażenia, no i ‚Ja nie dam rady?’ – tym razem po raz kolejny doświadczyłam na własnej skórze, jak bardzo się pomyliłam…

Meta

po mecie 15min umierania

Nigdy w życiu się tak nie zmęczyłam. Po przekroczeniu linii mety z czasem 5 : 16 : 11 dochodziłam do siebie przez prawie godzinę. Dreszcze, drgawki, blada twarz i sine usta – dobrze że siebie samej nie widzialam, bo wtedy na 100% bym jeszcze zemdlała.

Swój pierwszy triathlon ukończyłam na 207 miejscu w klasyfikacji ogólnej, 9 – wśród kobiet, 2 – w swojej kategorii wiekowej 25-29 lat oraz jako najlepsza Gdynianka.

Kibice

Kibice i wolontariusze byli najlepsi i im należą się największe podziękowanie! W trakcie wyścigu, na całej długości trasy rowerowej i biegowej, zewsząd słyszałam swoje imię. To było coś niesamowitego, kibice swoim entuzjazmem i energią dodawali wielkiej mocy. Zaaferowana walką niestety nie rozpoznawałam większości głosów skandujących w tłumie ‚Gosiaaa!’ ale wszystkim bardzo bardzo dziękuję, że byliście tam i stworzyliście tą całą cudowną atmosferę.

Jedzenie

Z myślą o długim wyścigu przygotowałam sobie dużo odżywek, żele, banany, chciałam nawet zrobić sobie kanapkę:) Naprawdę myślałam, że będę mogła sobie zjeść np. w czasie spokojnej jazdy na rowerze, czy spokojnego biegu ale spokojnie zdecydowanie nie było. Okazało się, że przez 5h jechałam na takich obrotach, że po pierwsze nie chciało mi się jeść a po drugie, kiedy już z rozsądku wciągałam żela i inne odżywki atakował mnie odruch wymiotny. O większym jedzeniu nie było mowy. Problemem okazała się nawet najprostsza sprawa, jaką jest wymiana pustego bidonu na pełny. W wielkim tłumie kibiców i wolontariuszy nie mogłam dojrzeć naszego trenera Golego, który miał moje bidony, już nie wspominając o tym, jak ciężko złapać bidon przy prędkości 30km/h.

Sporttester

Miałam taki plan, żeby kontrolować swój wyścig i rozkładać siły przy użyciu mądrego urządzenia jakim jest sporttester. Skończyło się na tym że zegarek polara po wyjściu z wody, tętna nie pokazał ani razu i przysłużył się co najwyżej do mierzenia czasu na wyścigu. Może to i dobrze, bo przynajmniej nie stresowałam się, że pokazuje za niskie czy za wysokie tętno. Jechałam i biegłam tak jak potrafiłam, a elektronika jest tylko elektroniką i nigdy nie zastąpi wytrenowanej przez lata znajomosci własnego organizmu.

Emocje już opadły i dopiero teraz widzę i czuje jakie skutki pozostawił triathlon na moim ciele. Po 2 dniach zaczęła boleć mnie stopa, przez co prawie nie mogę chodzić. Na palcach u stóp właśnie odkryłam straszne pęcherze i w końcu wiem o co chodziło ultramaratończykom w książce ‚Jedz i biegaj’, którą dostałam jako nagrodę. Może i nie jest to najprzyjemniejsza część triathlonu ale to tylko chwilowy dyskomfort, a wspomnienia z tego wydarzenia pozostaną do końca życia.

Jeśli teraz zastanawiasz się czy warto powziąć wyzwanie o nazwie triathlon, odpowiadam: WARTO! nawet jeśli masz go skończyć na kolanach!

Pozdrawiam serdecznie!
Gosia

share
NASTĘPNY WPIS

ZOSTAW KOMENTARZ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *