WPISZ TAGI

Lazurowe po raz hmmm …?

Ciężko policzyć, który to już raz. W moim przypadku chyba 10 rok z rzędu.
Początek naszego sezonu żeglarskiego często wygląda podobnie – luty w Hiszpanii a marzec we Francji. Może się to wydawać trochę monotonne ale lubię ten rytuał.
Przyzwyczaiłam się już, że gdy w Polsce szaleje zima i wszyscy pakują narty, ja skostniałymi paluszkami wiążę deski na przyczepie, które wrócą do Polski dopiero w maju.
Przyzwyczaiłam się do miesiąca w Hiszpanii, gdzie wiosenne słońce budzi do życia, a w powietrzu unosi się zapach pomarańczy i mocnego cafe con leche – tutaj zaczyna się porządne pływanie.

 

Francuzi co prawda na kawie się nie znają ale za to francuskie sery, krewetki, wino i szosy nad Lazurowym Wybrzeżem zdecydowanie ratują sytuacje, a ja nauczona doświadczeniem wożę ze sobą własna kawiarkę.
We Francji z kadrową rodziną zawsze spędzamy Święta Wielkanocne. Na co dzień razem mieszkamy w małych domkach na Campingu. Razem trenujemy, gotujemy, jemy, chodzimy na basen, jeździmy na szosach po francuskich serpentynach, czatujemy 😉 i oczywiście dużo pływamy na rsx’ie 🙂 (ale to dość oczywiste)

Trochę tylko tęsknie za dużą przestrzenią we własnym domu – to chyba jedyny mankament.

Dlaczego Hyeres? Tutaj, co roku, na koniec kwietnia rozgrywany jest Puchar Swiata. Małe zmiany w systemie kwalifikacji spowodowały, że od tego roku, regaty będą jeszcze bardziej prestiżowe i elitarne. Zaproszenie do startu otrzymało tylko 40 najlepszych zawodników z rankingu Pucharu Swiata. Z dumą mogę powiedzieć, że nasz RSXteam zakwalifikował się w pełnym składzie.

Sesja zdjęciowa polskiej kadry żeglarskiej PZŻ

Na treningach skupiamy się głównie na startach i testach sprzętu. Niestety nowy nie zawsze znaczy lepszy i często deska warta ponad 20 tys. wyjęta prosto z kartonu po prostu ‚nie jedzie’ i tak z każdą częścią naszego olimpijskiego sprzętu. Trochę żmudnej pracy przy tym jest ale mam nadzieję, że do ME złożę sprzęt i będę najszybsza.

zdjęcie 2

Mija 10 dzień nad Lazurowym Wybrzeżem. U mnie layday. Na śniadanie jajecznica, pomidor i świeży chleb z dużą ilością masła – po miesiącu na owsiance – najpyszniejsza rzecz na świecie!

Po śniadaniu ksiażka,  pieczenie owsianych batonów na najbliższy długi rower, kawa, na lunch homemade sushi, leżak na basenie; na obiad kasza gryczana, warzywa z piekarnika z serem i wino; po obiedzie wizyta w ‚salonie kosmetycznym’ 😉

IMG_0557

IMG_0542

IMG_0568

I tak minął cały dzień – na gotowaniu, jedzeniu, rozmawianiu i zajmowaniu się samymi przyjemnymi, mniej lub bardziej, pożytecznymi rzeczami.

Czasem takie dni też są konieczne, żeby na świeżości, pełna energii wrócić kolejnego ranka do normalnych prac przykładnej kadrowiczki, czyli:

rsx, rower, rsx, rsx, rsx, rower, rsx, rsx, rower, rower, rsx … i tak dalej.

Pozdrawiam serdecznie z Lazurowego Wybrzeża,
Gosia Białecka

Sesja zdjęciowa polskiej kadry żeglarskiej PZŻ

Z okazji wczorajszego dnia layday  załączam dodatek specjalny by Goofy 🙂
Spojrzenie Goofy na świat.
Po ciężkiej zimie w Polsce spędzonej na robieniu “formy”, rehabilitacji kolan oraz ćwiczeniach stabilizacyjnych (które okazały się tym czego mi brakowało), w końcu rozpoczął się upragniony dla mnie sezon. Gdy od Mistrzostw Polski (koniec września) nie pływa się do marca, czujesz się jak ryba bez wody i zaczynasz myśleć oraz śnić tylko o jednym – o pływaniu.
Nadszedł marzec i pierwsze zgrupowanie, nawet bezwietrzne warunki nie były mi straszne. Promienie słońca dodawały mi tyle sił i energii, że osiem dziur na dłoniach nie stanowiło przeszkody w trenowaniu. Dawałam z siebie wszystko, aż zakończyłam zgrupowanie z gorączką. Szybka kuracja i po pięciu dniach wróciłam do zdrowia i treningów. Całe szczęście, bo przed miesiącem we Francji czekał mnie wyczerpujacy tydzień załatwiania różnych spraw (większość osób żyjąca w sezonie “na walizkach” wie co mam na myśli).
1 kwietnia – Prima Aprilis, ale na szczęście wyjazd na zgrupowanie nie był żartem. Tym razem warunki bardziej nam sprzyjały, prawie codziennie ślizg, później ‚rower recovery’ i tak w przeciągu pierwszego tygodnia spaliłam 13500 kcal. Wszystko było pięknie aż do pewnego dnia…

Na kolejnym wspaniałym popołudniowym treningu w ślizgu wjeżdżam na slalom, robię rufę z lewego, jestem już na prawym halsie i tu nagle ktoś krzyczy UWAGA! i wjeżdża z pełną prędkością w moje obolałe już udo. Szczerze się przyznam, że dawno w taki ryk nie wpadłam. Po paru minutach dryfowania w lodowatej wodzi, zostałam zwieziona przez Stefka. Z plaży do domku przyniósł mnie Goli (i ujawniła się wrażliwa strona twardego i bezkompromisowego trenera Golińskiego), piankę zdejmowała mi Gosia i wtedy ukazała się “słoniowa” noga, lekko rozcięta, niesprawna przez… no właśnie to jest dobre pytanie. Na razie za mną pierwszy dzień obowiązkowego lay daya. Całe szczęście pokrył sie z rest day’ em Gosi, wiec do granic możliwości celebrowałyśmy ten słoneczny i bezwietrzny dzień. Królewskie śniadanko, owsiane ciasta (zrobione przez nas) z kawką w południe,leżakowanie przy basenie i dyskusja na temat sukcesu w sporcie z Golim oraz przeciągający się obiad w akompaniamencie butelki wina i śmiechu wypełniły nasz dzień. Na przystawkę Gosia zrobiła wyśmienite sushi, ja warzywa zapiekane z kozim serem, a moja współlokatorka Kari zapewniła wspaniałe doznania na deser w formie pełnoziarnistych naleśników z owocami. Dzień mogę zaliczyć do niesamowicie relaksujących. Mam nadzieje, że moja noga szybko wróci do pełnej sprawności, a ja do treningów.
Trzymajcie kciuki!

Pozdrawiam,
Agnieszka Goofy Bilska

share
NASTĘPNY WPIS

ZOSTAW KOMENTARZ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *