WPISZ TAGI

Wiosna 2004 rok. Moje pierwsze zgrupowanie zagraniczne, na które z Igą pojechałyśmy autobusem – takim normalnym autobusem, który odjeżdżał z dworca w Gdyni i jechał jakieś 3 dni. W Alicante spotkaliśmy się z resztą ekipy i pojechaliśmy już razem do La Mangi.
Pamietam, że miałam jedną piankę – 3.2 długie nogawki, krótki rękaw i przynajmniej nie musiałam się zastanawiać co założyć….
Na treningach szło mi nieźle, nie odstawałam od reszty ekipy ale przez Trenera bylam delikatnie ‚gnębiona’.  Szybkie sztagi, rufy w ślizgu i czytanie zmian były raczej wtedy dla mnie czarną magią.
Właściwie to pamiętam, że więcej rzeczy robiłam źle niż dobrze i kompletnie nie mogłam zrozumieć jednej rozmowy na pontonie. Trener powiedział mi wtedy, że w tym sezonie, najważniejsze są MŚ Juniorów, ME Juniorów i MP Seniorów – tam mam walczyć o medale i dobrze wypaść – dosyć nad-ambitny plan jak na pierwszy sezon na Mini Mistralu ale słuchałam uważnie i bałam się odezwać.
Kilka miesięcy pózniej wygrałam ME w Sopocie, chwilę potem zostałam wicemistrzynią Świata w Nessebar (W nagrodę Trener pozwolił nam samemu popływać pontonem. Lecąc na pełnym gazie zacięła się manetka, a później ponton stanął gdzieś na środku zatoki i trzeba było nas odholować… ) Poźniej we wrześniu były MP Seniorek. Nie wygrywałam wyścigów ale wygrywałam halsówki! Pierwsze regaty na Mistralu i naprawdę miałam momenty, kiedy walczyłam z seniorkami jak równy z równym. To było coś!
I tylko jedno jest zastanawiające, skąd Arek wiedziałeś o tym wszystkim już wtedy w La Mandze!?

Zimowe treningi za Juniora odbywały się w klubie. Biegaliśmy do jednego albo do drugiego mola albo robiliśmy różne ćwiczenia na plaży.
Raz jeden oszukałam na treningu. Zamiast do mola, pobiegliśmy z Kamilem do Rybaków i schowaliśmy się za murkiem. Do dziś mi głupio. W późniejszych latach nikt już nigdy mnie nie pilnował i nic nie kazał. Dostawałam nieograniczoną pomoc w organizacji wszystkich treningów i zawsze mogłam skonsultować obciążenia i ustalić plan działania. Byłam rozliczana z konkretnych wyników ale to ile i jak trenowałam ogólnorozwojowo było raczej w mojej kwestii.

W 2005 roku pierwszy raz poleciałam samolotem – na Młodzieżowe MŚ ISAF w Korei Południowej! Duże przeżycie i bolesne zderzenie z prawdziwym ściganiem na wysokim poziomie. Mało wiatru gigantyczna oceaniczna fala i… mocna stawka. Byłam 6 – co uznałam za porażkę.

Później ktoś powiedział, że nigdy nie będę dobrą zawodniczką, bo nie mam warunków fizycznych.

Nigdy nie byłam bardzo pewna siebie ale zawsze walczyłam, najwięcej z samą sobą.

Rok poźniej na PŚ w Hyeres wygrałam swój pierwszy wyścig w seniorskiej stawce. W Młodzieżowych MŚ ISAF w Weymouth wywalczyłam srebrny medal. Przegrany protest pozbawił mnie wtedy szans na złoto. Byłam naiwna i nie mieściło mi się w głowie, że na proteście można kłamać.

Przełomowym momentem był Pre Pre-Olympic w Qingdao. Wielka Kadra przygotowywała się na Gardzie do MŚ. Do Chin polecieli Juniorzy – Łukasz, Ja i nasz trener Romek. Nigdy nie zapomnę wspaniałej atmosfery, jaka panowała w naszej ekipie. Potrafiliśmy spędzać codziennie razem na obiedzie po 4 godziny – nie było smartfonów, rozmawialiśmy ze sobą i śmialiśmy się bardzo dużo. Chinki wiodły prym na swoim podwórku. Z Europejek tylko Francuzka i ja, byłyśmy w stanie dotrzymac im kroku. Skończyłam 4 na remisie z 3 – sukces, a jednocześnie olbrzymi niedosyt.

Przebojowym sezonem 2006 wdarłam się do Wielkiej Kadry Kowala, w której przez cały 2007 rok dostawałam, ostro ‚po łbie’. MŚ w Cascais zakończyłam w Silver fleet, na silnowiatrowych ME na Cyprze walczyłam raczej o życie,  a na Pre-olympic’u w Qingdao czułam się po prostu fizycznie zajechana.

Rok 2008. Mała, lekka i super silna – to ja!  Szybko stałam się specjalistką od słabych wiatrów. Na MŚ w Nowej Zelandii, gdy nie wiało wygrywałam wyścigi, po czym zaliczałam gigantyczne wtopy w warunkach ślizgowych. Skończyłam na 13 miejscu i wciąż liczyłam się w walce o IO (Pekin 2008). Drugą eliminacją był PŚ na Majorce – byłam 9. Miałam świetny sezon, jak na młodą zawodniczkę, jednak  do IO trochę zabrakło…

Kolejne sześć lat to był prawdziwy roller coster. Milion razy chciałam kończyć ale nie potrafiłam. Z żeglarstwa nie da sie tak po prostu odejść, a ja naprawdę uwielbiałam pływać, jeździć po świecie i trenować!
Dużo rzeczy mnie też rozpraszało, ciągle było za mało adrenaliny i wrażeń. Przypadkiem, po ok 6 latach przerwy od jakichkolwiek sportów zimowych, pojechałam ze znajomymi na narty. Przypomniało mi się wtedy, że ja przecież kocham narty! Później odkryłam freestyle na nartach – dobrze mi szło, nie bałam się i myślałam, że mam przynajmniej z 8 żyć….

Moje jedno życie mnie szybko zweryfikowało.
Jak sie pozbierałam po kontuzjach zaczęły się rowery – szosa, mtb, znów szosa – po dziś dzień robią mi wodę z mózgu.

Różne były drogi ale wszystkie prędzej czy później  prowadziły na wodę. Nawet jeśli sama nie widziałam już wyjścia z beznadziejnej sytuacji, to zawsze ktoś wyciągał rękę.

Połowę roku 2011 przechorowałam. MŚ były w grudniu w Australii. Pomimo tego, że miałam już kupione bilety lotnicze, infekcje nie odpuściły, do Perth nie poleciałam. W styczniu 2012 zostałam zaproszona do Miami. Ponad miesiąc pływałam jako sparingpartnerka Amerykanki – to było dobre rozpoczęcie sezonu. Dziękuję Max, że wtedy o mnie pomyślałeś! Nie byłam w kadrze ale zapału do pracy mi nie brakowało. W domu przedstawiłam rodzicom projekt powrotu do teamu i plan działania na najbliższe miesiące. Z minimalnym budżetem udało mi się naprawdę dobrze przygotować. Pełna nadziei jechałam na Maderę na ME. Szło mi nieźle aż do 3 dnia regat kiedy wygrałam 2 wyścigi i sędziowie wzięli mnie na pomiary sprzętu. Okazało się, że mam w dokumentach wpisane inne numery deski, niż ta na której faktycznie startowałam – dostałam DSQ (dyskwalifikacja) z 8 wyścigów i właściwie mogłam jechać do domu. Ale nie pojechałam. Byłam wściekła do granic możliwości ale zbyt ciężko pracowałam, żeby teraz to wszystko rzucić. Zmieniłam plany. Prosto z Madery poleciałam do Kadyksu. Do MŚ miałam niecały miesiąc. Forma była dobra, sprzęt wydawał się szybki, a nastawienie bardzo bojowe. Nie przewidziałam tylko jednego – że przez całe regaty będzie wiało levante z siła 30-40kts. Komisja była w stanie rozegrać 6 wyścigów, w których zdecydowanie nie zabłysnęłam. To był koniec.

Kilka miesięcy później Windsurfing został wyparty przez Kitesurfing i na chwilę wypadł z programu IO.  We wrześniu, po wakacjach spędzonych na wave’ie, rowerze i pracy w Surfotece, wystartowałam w ‚ostatnich’ MP RS:X – wygrałam. Miesiąc później było kolejne głosowanie, tym razem za przywróceniem deski z żaglem na IO. RS:X wrócił, wróciłam i ja.

Wracałam zawsze z przyjemnością – to ważne!

Nigdy nie płakałam, ze mnie coś bolało albo że mi wyścig nie poszedł, nie płakałam jak dostałam DSQ z 8 wyścigów ani nawet wtedy, jak zerwałam więzadła i wiedziałam, że właśnie zaprzepaściłam szansę na dobry sezon. Wściekałam się tylko, dostawałam ze złości białej gorączki, para leciała z uszu i wychodziły na wierzch wszystkie żyły. Do łez natomiast doprowadziła mnie Australia, gdzie znów zostałam zaproszona jako sparingpartnerka. Spędziłam tam 3 miesiące (listopad, grudzień, styczeń – trzeźwo myśląc 3 najbardziej nieprzyjemne miesiące w Polsce) . Siedziałam pod palmami w klapkach i krótkich spodenkach, jadłam najlepsze mango na świecie, piłam pyszną kawę, kręciłam zawrotną ilość kilometrów na szosie i pływałam o świcie w otwartym basenie.  Płakałam, że chcę wracać, bo po prostu czułam się tam sama. Bardzo dużo wtedy trenowałam (żeby nie musieć za dużo myśleć). Jak wróciłam do Europy, już w lutym byłam w świetnej formie. Pierwszy raz miałam tak intensywnie przetrenowaną zimę. Sezon zapowiadał się obiecująco. 3 miesiące w Australii mocno zaprocentowały. W sierpniu, z świetnym czasem, wygrałam połówkę Ironman’a w Gdyni, a na desce z żaglem… hmm…  znów coś ‚nie pykło’.

I myśli sobie Ikar, co nieraz już w dół runął
Jakby powiało zdrowo to bym jeszcze raz pofrunął

Mimo wszystko, cały czas robiłam progres, ekstremalnie żółwim tempem ale jednak progres. Gdyby nie to, na pewno przestałabym się ‚bawić’ w to pływanie. Postęp był siła napędową w całej karierze. Robiłam mnóstwo błędów, nie raz sama wręcz ‚strzelałam sobie w kolano’ ale jeśli tylko widziałam, że idę do przodu, potrafiłam się cieszyć i czerpać energię z pojedynczego treningu.

Szczęście sprzyja lepszym

Jedno z moich najulubieńszych powiedzeń. W żeglarstwie często się mówi, że ktoś fartem wygrał, że mu ‚wydała strona’, że ma szczęście, bo wieje/nie wieje – zgadzam się – trochę w tym jest prawdy. Można fartem wygrać halsówkę albo nawet cały wyścig ale jakimś dziwnym przypadkiem na koniec tygodnia, Ci którzy są dobrze przygotowani, niezależnie od różnych sytuacji, zawsze w tabeli wyników będą z przodu. Wszystkie akweny sa trudne i każdy popełnia błędy. Sztuka polega na tym, żeby popełnić ich mniej niż przeciwnicy i wedle starego dobrego powiedzenia Romka, zawsze ‚w prądzie czy pod prąd Ci co są szybcy – będą jeszcze szybsi!’

Rok 2015. Moja kariera wisiała na włosku. Kadra na wniosek, brak kasy, wyniki niby w czołówce ale do medali daleko… Powoli godziłam się z myślą, że muszę się rozstać z deską. Jako świetnie kondycyjnie przygotowany zawodnik, z wielka predyspozycja do sportów wytrzymałościowych i talentem do ciężkiej pracy, poważnie zastanawiałam się nad zmianą dyscypliny. Byłam sfrustrowana ‚sprzętową rzeźbą’ i ilością zmiennych, od których zależał wynik w żeglarstwie, a moje dobre wyniki w amatorskim triathlonie i kolarstwie, mocno zachęcały do różnych drastycznych zmian. Chciałam mieć plan B, nie zostać na lodzie po kolejnym nieudanym sezonie i wykorzystać swój potencjał, póki jeszcze zdrowie mi na to pozwalało. Po niejakim sukcesie w swoim debiutanckim triathlonie 70.3. Herbalife Gdynia 2014, w 2015 roku znów postanowiłam spróbować. Połówka ironman’a była zaplanowana na sierpień 2015. ME RS:X byly w czerwcu w Sycylijskim Palermo – pierwsza eliminacja do IO Rio2016 i jedyna eliminacja do sierpniowego Pre-olympicu . Byłam na rozdrożu ale kochałam pływanie! Podeszłam do startu z myślą, ‚teraz albo nigdy!’ Nie liczyłam na żadne cuda ale tam po prostu wszystko sprzyjało. Piękne miejsce, jedno z moich ulubionych. Płaska woda i niestabilny wiatr. Pływałam szybko i fizycznie myślę, że byłam w swojej życiowej formie. Tam, każda moja decyzja była dobra, miałam niesamowitą ‚kunę na halsie’, ‚prywaciarze’ przychodziły jak na zamówienia, a strona zawsze wydawała, po prostu wszystko ‚wchodziło’. Po dziś dzień mam wrażenie, ze przez cały tydzień miałam farta.

Kto gra grubo – wygrać musi

Idąc za ciosem, zarzuciłam myśli o triatlonie, przepadło mi 800zł wpisowego ale, ale…. leciałam do Rio na Pre-olympic! Wszystko nabrało zawrotnego tempa.
W Brazylii szczęście też mnie nie opuszczało. Przyklepując srebro w Rio, dorzuciłam kolejny mały punkcik w eliminacjach do IO. Kładłam wszystko na jedna kartę i szczerze wierzyłam, że teraz jest moje ‚5 minut’! Uczucie dreszczy na plecach po wygranych eliminacjach pamiętam do dziś.

Wyniki się same bronią ale w rzeczywistości zawsze jest jakieś ‚ale’.

Im lepsze wyniki, tym dookoła głośniej. Różne dziwne rady, milion plotek i uwag na twój temat. Pomimo wygranych eliminacji nie wszyscy byli przekonani, że powinnam lecieć do Rio. W styczniu usłyszałam od jednej osoby, że obniżyłam swoje loty, że kwalifikacja do IO była szczytem moich możliwości i jeszcze się wszystko może zmienić. Ktoś próbował mi mocno podciąć skrzydla… Byłam wciekła i zła a przez to zmotywowana jak nigdy w życiu! Reakcja była natychmiastowa – jak na klasycznego barana zodiakalnego przystało –  ‚Ja nie dam rady? Serio? Wygrałam i dalej mi się coś nie należy?! To ja Wam jeszcze pokaże!’  Oczywiście nie do końca w to wierzyłam ale podświadomość okazała się silniejsza. W lutym w Eliat’cie pływałam jak zaczarowana, pewnie i zasłużenie zdobywając tytuł Mistrzyni Świata.

Na fali sukcesow, działając pod presją i cały czas balansując na krawedzi przetrenowania, w ekstramalnie szybkim tempie zaczęłam się zbliżać do cienkiej granicy – granicy, której dopóki nie przekroczysz, dopóty nie bedziesz wiedzieć, gdzie dokladnie jest. Wtedy zaczęły się moje problemy ze zdrowiem.
Chora byłam właściwie permanentnie. W czasie krótkich okresów kiedy dobrze się czułam, próbowałam nadrobić cały stracony czas – mission impossible.

Sometimes you win, sometimes you learn 

Sport jest brutalny i na koniec może się okazać, że nawet jeśli dasz z siebie 100 %, nawet jeśli będziesz w swojej życiowej formie i poświęcisz wszystko – czasem wygrasz, a czasem…. się czegoś nauczysz. Czego ja się nauczyłam?

Oprócz takiej normalnej sportowej wytrwałości i odwagi do tego, żeby mieć marzenia, nauczyłam się, że warto otaczać się dobrymi ludźmi i o nich dbać! Super jest dotykać gwiazd ale na koniec dnia, z medalem – choćby nawet olimpijskim, czy tym złotym z MŚ, ani nie pogadasz ani się nie napijesz!

Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że te ostatnie 17 lat było najwspanialszą przygodą mojego życia. Pracowałam z świetnym Team’em, miałam wspaniałych trenerów, lekarzy i fizjoterapeutów. Dziękuję mojej rodzinie, która na pewno nie miała ze mną lekko…, dziękuję klubowy SKŻ Hestia Sopot, dziękuję przyjaciołom i kibicom.

 

Jest mi smutno ale nie płaczę.
Nie będę tesknić i nigdy nie zapomnę!!

Gosia Białecka

 

 

 

share
Grażyna
Listopad 8, 2019 at 13:03 Odpowiedz

Podziwiam dojrzałą i trudną decyzję. A jak już odpoczniesz, to zawsze możesz nam w RCB „spuścić manto ” 🙂

Aga Pomaska
Listopad 8, 2019 at 22:47 Odpowiedz

Świetny tekst! Wspaniała historia. Powodzenia na nowej drodze. Byle z uśmiechem i optymizmem, jak do tej pory! A z La Mangą też mam piękne wspomnienia:-)

ZOSTAW KOMENTARZ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *